16 kwi

16 PPM – poskramianie potworów

Jeśli jesteś gdzieś już dłuższy czas, to obudzony rano bez problemu pokażesz na mapie gdzie to jest.
Tak więc obudzony niedzielnym rankiem 14.04.2024 – dokładnie wiedziałem w jak czarnym “otworze” jestem.

Równo rok temu na Poznań Półmaraton nabiegałem 02:58:17, a w poprzedzającej go połówce w Inverness – też goniłem się z limitem i na metę wpadłem z czasem 2:57:56. Dobrze więc wiedziałem jak to jest liczyć sekundy na trasie i do końca nie wiedzieć, czy meta będzie na mnie czekała na końcu drogi.

Duchy z szafy

Zły czas i wlokące się kontuzje i choroby zniechęciły mnie skutecznie do treningów a i z aktywnością ogólnie nie było co do Stravy zaglądać. Nie spodziewałem się wiec niczego dobrego. Pogodziłem się z faktem, że albo zdechnę po drodze i będę musiał się wycofać w trakcie biegu, albo zdejmą mnie z trasy siłą. Kiedy więc na krótko przed puławskiego minął mnie bus z napisem koniec biegu, czekałem już tylko na komendę “Zejść z trasy!”.

Pogodzony z faktami stanąłem na starcie 16 PPM z nadzieją, że nie przegram walki. Gdy już czołówka wystrzeliła do przodu powoli przesuwaliśmy się do przodu, a ponieważ byłem w strefie “Ż” czyli F chwilę trwało zanim skręciliśmy w lewo. W bojowych nastrojach postanowił mi towarzyszyć Piotr w biegu z trójką z przodu – niestety był to ostatni raz kiedy go dziś widziałem. Przy mnie Ania – jak zwykle niepewna, z brakiem wiary – i za każdym razem potem okazuje się, że jej obawy i strach nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, bo jest szybsza niż własna wiara w siebie – tak było i dziś i gdybym tylko wiedział, że do życiówki zabraknie jej 4 sekund być może inaczej bym gadał, może bardziej naciskał. Tym razem skupiony byłem jednak na sobie i na własnej wojnie z sobą. Nagle z prawej odwraca się do mnie sąsiad i woła: “Aye! Scotland!” – zdębiałem. Dłonią uniósł rękawek biegowej koszulki  ukazał mi swój tatuaż, miałem zaledwie dwie sekundy by rozpoznać krzyż Świętego Andrzeja wpisanego w emblemat Cameron Highlanders lub Royal Regiment of Scotland. Sierść stanęła mi na przedramionach i wzbogaciła ją gęsia skórka, pokazałem ją Ani ale w środku działo się już co innego “nie jestem sam w tej walce”.

Od wielu lat w biegach niepodległości, czy półmaratonach, jeśli nie jestem ubrany w kilt to przynajmniej mam ze sobą flagę albo tartan. Wiele razy szkockie pieśni ciągnęły mnie pod górkę, często myślałem o tym że czasem granice przekracza się nie tylko dla siebie samego, ale, że czasem poświęca się dla czegoś większego. Dziś w nocy jednostki Jakobitów szły do obozu Cumberlanda by pojedynek zakończyć przed czasem. Niestety fortel ten nie udał się i jutro stoczona będzie katastrofalna dla powstania wolnościowego bitwa pod Culloden. Często to tę walkę przywołuję w wyzwaniach, poświęcenie dedykuję tym chwilom. Dwóch żołnierzy obok mnie przypomniało mi o tym, że nie zawsze się wygrywa, ale zawsze trzeba stanąć do walki.

R e k l a m a

Pierwsze metry

Tak też się stało.
Pierwsze 6km zleciało jak złoto – zakładałem tempo <8:18  ale równo i spokojnie utrzymałem 8:00. Niestety moce skończyły się szybko i zaczęła się prawdziwa walka. Już za 7km musiałem robić przerwy ale apogeum nastąpiło po 12. Nie lepiej było też od 15 do 19. Po 12 kilometrze moje tempo równo spadało. Gdy minął mnie bus zamykania stawki przestraszyłem się a tętno natychmiast wskoczyło na 5 strefę. Próbowałem je zbić marszem ale już nic nie pomagało. Została tylko górka.

Ostatni podbieg, skręt w Roosevelta, to już nie było coś co do końca pamiętam, ani coś co dało by się ładnie sfotografować. W zasadzie gdyby na trasie kibicowali pracownicy Universum, mogli by mnie pomylić z klientem. Kolejny jednak raz usłyszałem Adrian dajesz – tym razem moi sąsiedzi już wracali z mety. Ich “mały” (moim zdaniem) syn wykręcił w debiucie lepszy czas niż moja życiówka :D. Ich okrzyk popchnął mnie na tyle by podbiec i przełamać próg Dąbrowskiego. Już na przytłumionej wizji dotarłem do Ronda i z wyrzutem dla samego siebie przyspieszyłem bo dla mnie samego  zatrzymały się tramwaje i auta. Świat się zatrzymał. Ciągle nikt nie zdjął mnie z trasy, trasa nie została zamknięta. To znaczy że jak skręcę w prawo to jest jeszcze szansa, że wbiegnę na dywan. Przecież nie zamknęli by bramy…

Dajesz Adrian!

Jeżu! Gdyby nie “Dajesz Adrian”, piątki, uściski dłoni i przytulenia, gdyby nie te niesamowite dzieciaki na punktach odżywania, to przecież nie było by szansy by dotrzeć do bramy. Przecież już na Grunwaldzkiej byłem jednym z ostatnich biegaczy, zamykałem stawkę. Ewa przede mną, już tylko chwilę, bo gdzieś po 12 km odpaliła wrotki i pognała do przodu jak bolid F1. Gdyby nie te dzieciaki, które razem z rodzicami czekały do ostatniego biegacza, nie byłoby tak kolorowo gdyby nie parkrun Dębina, Strefa CityZen, Danka z Bieg Misiem. Gdy szurałem już Solną, praktycznie wszyscy się pozwijali, zespoły składały ostatnie sprzęty, jeszcze gdzieś wracający kibice wykrzykiwali by dodać animuszu.

Próbowałem sobie pomóc muzyką, ale wilgotne dłonie spowodowały, że po kilkunastu minutach słuchawki przestały reagować na pauzę oraz skipa i skończyło się na głośnej cieszy z nich dobiegającej. Nagle uświadomiłem sobie ze właśnie tej ciszy potrzebowała moja przebodźcowana głowa. Dopiero na Pułaskiego wyjąłem je z uszu by w razie słyszeć polecenia sędziego lub stewardów.

Niebieski jak niebo

Skręcam w prawo, coraz więcej uczestników wykrzykuje słowa dopingu. Za barierkami dostrzegam bramę, a pomiędzy jej szczebelkami widzę już niebieski dywan. Jeszcze chwila i koniec męki. Nawet jeśli nie będę klasyfikowany to najważniejsze,  że nikt mnie już nie zdejmie z trasy. Jakaś taka energia przyciągania rozpędziła mnie do 8:51. Może nie będzie spektakularnie, ale jeśli nie zdechnę, to odpocznę opierając się na płotku tuż za matą. W połowie dywanu rozwinąłem flagę z krzyżem św. Andrzeja i parłem do przodu. Z lewej i prawej ostatnie metry asystowały mi Poznańskie Koziołki i co prawda ich nie widziałem bo już byłem na odcięciu ale wiedziałem że są. Na mecie nikt się już prawie nie kręcił z uczestników. Wolontariusze powoli zwijali manele. Odebrałem medal i zaraz pojawiła się przy mnie Ania z Mieszkiem i Matildą.

Zdjęcie czipa nie było łatwe ale nie starczyło mi już odwagi by próbować zawiązać z powrotem sznurówkę. Poszliśmy do hali i resztką sił wykonałem swój grób z foli życia ułożonej na posadzce.
Ciągle w głowie brzmiały trzy literki DNF… przyszedł SMS. Ania odczytała, że jest tam podany czas i pozycja na mecie a to znaczy, że mój wysiłek będzie klasyfikowany. Mieszko pobiegł wygrawerować na moim medalu pamiętne 3:08:43.

R e k l a m a

Cenna pamiątka

Mam więc nową życiówkę 3:08:43 – nigdy wcześniej nie udało mi się zrobić tak wolnej połówki, a przecież był czas że próbowałem zmienić dwójkę w jedynkę. I po co to zatem? Choćby po to, że trzeba walczyć, że trzeba stawiać sobie wyzwania, mierzyć się z sobą samym, z czasem, z liczbami, górami. Pamięć czasu wyrytego w medalu, w statystykach, motywuje do pracy, odniesienie do siebie czy innych, pokazuje w jak czarnej dupie jestem i daje wiarę, że da się z niej jakoś wygrzebać.
Rozpędziłem w niedzielę moje 127 kilogramowe ciało do prędkości półmaratońskiej i doniosłem je w całości. Piję teraz whisky za pamięć powstańców spod Culloden by ich duchy czuwały nade mną i pałaszem odganiały każdą chorobę czy kontuzję, która mogła by mnie zniechęcić do dalszej walki.

Dziękuję wszystkim, których widziałem, słyszałem, dotykałem, którzy nade mną czuwali z bliska i daleka. Warto było spróbować – jestem szczęśliwy!


Fotografie: Jagoda Thiem, Jarek Koperski, Andrzej Skubiszak, Poznań z lotu ptaka

autor: Adrian Diego Stan

Redaktor
Miłośnik fotografii, zabytkowych aparatów, motocykli i Szkocji
Sporty: bieg, rower, spacer, rolki, siłownia, wędrowanie
Lokalizacja: Poznań | Polska

FacebooktwitterpinterestlinkedintumblrmailFacebooktwitterpinterestlinkedintumblrmail


Leave a Reply